No zacznij wreszcie ...!!!

Witam Wszystkich!!!

Po wielkich bólach (dosłownie :) ), ruszam z misją zmieniania świata na lepsze, zaczynając od drobnych kroczków.

Cała "akcja" miała ruszyć już dawno temu, jednakże ciemne siły nie dawały za wygraną. Dokładały wszelkich starań by utrzymywać mnie w depresji i marazmie. Po operacji kręgosłupa pod koniec 2013 roku, częstym zmienianiu zatrudnienia (nie każdy chce zatrudnić osobę niepełnosprawną), zacząłem ukrywać papierek o niepełnosprawności, gdyż "mógł nawet stanowić" niejako utrudnienie w znalezieniu "troszku" lepiej płatnej pracy. Takim sposobem na koniec 2017 r. trafiłem powtórnie na stół.
Tym razem po operacji nie cieszyłem się zdrowiem tak "długo", jak poprzednio. Doszło do stanu w którym przejście 50 metrów było katorgą, a lekka praca przy "klepaniu danych" miała znamiona kieratu.
Jako że miałem już dość łykania tabletek które nie pomagały, a nie marzyło mi się trzecie z rzędu krojenie, wziąłem sprawy w swoje ręce. Ścisły post wodny. Nie mając nic do stracenia prócz ogromnego bólu, zrezygnowałem całkowicie z jedzenia, przez całe dnie popijając jedynie wodę (pracując oczywiście). I tak dotrwałem do 12 dni o samej wodzie. Co najbardziej niezwykłe około 10 dnia straszny ból ustąpił. Jego nasilenie zmalało tak bardzo że z 50 metrów mogę przejść kilka kilometrów, nie stękając z bólu i nie muszę straszyć ludzi swoją wiecznie wykrzywioną z bólu gębą :). To nie koniec mojego samouzdrawiania...

Ale... tu nie o tym miało być...

P.S. Całość miała ruszyć pod postacią video bloga, ale edycja filmów, sam proces nagrywania, przesyłanie na serwer i cały proceder związany z "kamerowaniem", był dla mnie nie do pogodzenia z pracą i obowiązkami w domu. Tak więc będziemy bazować na tekstach i zdjęciach. A filmy... może kiedyś.

P.P.S. Mając nieodpartą wręcz potrzebę czynienia czegoś "przydatnego" dla ogółu, nie znajdując tego w żadnym z dotychczasowych zawodów które wykonywałem (a trochę ich było), postanowiłem  połączyć to co lubię - spacer/rower, ze sprzątaniem środowiska.

I właśnie na tym blogu, gdzieś na rubieżach blogosfery w najdalszych jej zakamarkach, będę relacjonować owe perypetie. (wiem że to nie śliczne kotki czy inne pranki, a śmiecie nie cieszą się wielką popularnością, no ale ktoś musi się zająć nawet nimi... )

Pierwsza krew...

Wieczorkiem, po spożyciu posiłku postanowiłem spożytkować pochłonięte kalorie. Udałem się w pewne miejsce, szczególnie popularne wśród właścicieli psów, oraz szemranych "typków" czerpiących nieopisaną radość z przesiadywania w owym miejscu w samochodzie.
Już na wejściu zaatakowały mnie podstawowe formacje wroga - szklane i plastykowe butelki. Dzielnie odpierałem ataki, jednakże w miarę podążania w głąb czeluści, przeciwnik przybierał na sile. Dołączyły paczki po chipsach, pudełka śniadaniowe i najróżniejsze opakowania od pewnego pana, co to podaje hamburgery i frytki...
Jeden magiczny wór zapełnił się błyskawicznie, a ja z powodu braku środków do dalszej walki, musiałem wycofać się pod przeważającą nawałnicą śmieciaków...
Pozostał jeno niesmak, iż cała masa wrogich jednostek nadal grasuję po okolicy...

Prośba o radę...

Po odniesionej klęsce i nie przespanej z tego powodu nocy, postanowiłem odwiedzić Pradawne Drzewo, mądrą istotę u której mógłbym zasięgnąć wskazówek, jak można zwyciężyć z tak potężnym i górującym nade mną w swej liczbie wrogiem.

- Podążaj ścieżką oświecenia- usłyszałem. - Choć droga może być długa i kręta, a w zaistniałym momencie próba którą podjąłeś, przytłacza Cię swoim ciężarem, czara wiedzy i doświadczenia którą wypijesz podczas całej tej przygody, okaże się najsłodszym nektarem, którym przyszło Ci kiedykolwiek się napełnić.- powiedziało drzewo.
- Prośbę mam do Cię drogi wędrowcze, byś pozbył się tych zabawnych śmieciaków z mojego obejścia. Ciągle przybywają ich nowe zastępy, a powiem szczerze, że zaczął mnie już męczyć ich widok pełzających wszędzie dokoła. A teraz idź już proszę i daj mi odpocząć.- dodało drzewo, po czym usnęło błogim snem, czekając na kolejny wschód słońca. 

Skonsternowany, udałem się wykonać prośbę o którą poprosiło mnie Pradawne Drzewo, jednocześnie rozmyślając nad tym co mi powiedziało. Śmieciaki rzeczywiście opanowały cały teren, łypiąc swoimi kolorowymi oczkami spod licznych krzaków. Wiele z nich stało się tak zuchwałych, że nie bały się ludzi, otwarcie atakując mnie na szlakach i wydeptanych dróżkach. A pośród tego wszystkiego Ludzie... bawiący się z dziećmi i psami, spacerujący... Wykonujący swoje codzienne obowiązki, oraz przyjemności... Zupełnie niewidomi na ogromne niebezpieczeństwo czyhające tuż obok nich... 

A śmieciaki powoli lecz systematycznie zwiększały swoją przewagę liczebną, wykorzystując obojętność ludzi...

Jezioro Życia...

Po głowie kołatało mi się to, co powiedziało mi pradawne Drzewo. Na bieżącą chwilę będąc nadal wyczerpany pierwszą potyczką ze śmieciakami, jak i spełnieniem prośby Drzewa, jego słowa zaczęły mi się jawić filozoficznym bełkotem... Nie dostałem żadnych konkretnych informacji odnośnie problemu, który zaczynał wrastać mocnymi korzeniami w głąb mojego serca i wibrował w mojej duszy, dając o sobie znać nieustającym gnieceniem zmęczonego umysłu.
Ludzie wkoło zachowywali się tak jakby śmieciaki nie istniały. Czy tylko ja je dostrzegam? Czyżbym dostawał pomieszania zmysłów... Może tylko ja mam urojenia, a żadne śmieciaki nie istnieją... a może to tylko pojedyncze przypadki...???

Postanowiłem działać zanim skołowany umysł zechce spłatać mi figla. 
Będąc małym chłopcem, nasłuchałem się od wędrownych bajarzy o Jeziorze, po powierzchni którego wędrują istoty utkane ze splotów najczystszego światła gwiazd, odbitych w bezksiężycową noc, na jego krystalicznie czystej powierzchni. Legenda głosiła iż zanurzenie się w wodach owego Jeziora, leczyło tak ciało jak i ducha, przywracając pełną harmonię i wyciszając niespokojny umysł. Wieść głosiła że Jezioro położone jest gdzieś na rubieżach Michałowic. Zaprzęgłem więc swojego wiernego rumaka i ruszyłem czym prędzej w poszukiwaniu tegoż miejsca.

Dotarłszy nad Jezioro okazało się, że śmieciaki nie są jedynie wytworem mojej wyobraźni. Ich ciężka jednostka zbrojna tarasowała dostęp do Jeziora, nie dając skorzystać z jego dobroczynnego działania strudzonym wędrowcom. Ów śmieciak był ogromny. Żaden z przybyłych śmiałków, wliczając mnie, nie ważył się nawet zbliżać do rozłożystego potwora w obawie o bycie w całości pochłoniętym. 
-A gdzie się podział strażnik jeziora?- spytałem miejscowego, który wpatrywał się w kolosa z wytrzeszczonymi z przestrachu oczami. 
-Uciekł kiedy tylko to "coś" pojawiło się na horyzoncie.- odpowiedział. -Jeszcze nigdy nie widziałem go tak przerażonego.-
-Niemożliwe!!- odrzekłem. -Przecież strażnik jeziora słynie ze swojego męstwa i nieugiętości.-
Zostawiłem tłum za sobą i postanowiłem go odnaleźć.
-A jednak to prawda...- powiedziałem do siebie spoglądając na przerażonego strażnika Jeziora, stojącego bezradnie po jego drugiej stronie jak najdalej od śmieciaka giganta. Zawsze dostojny i dumny, teraz skulony i bezradny bełkotał coś niezrozumiale do siebie samego.
-Nie może być!!!- krzyknąłem wściekle spinając swojego wiernego rumaka do opętańczej szarży wkoło jeziora. 
Pod wpływem dzikiego szału wywołanego słuszną złością, wyciąłem w pień wszystkie pomniejsze śmieciaki które rozzuchwalone poczynaniami ich gigantycznego pobratymca, zaczęły tłumnie ściągać zewsząd nad Jezioro, by zająć je dla siebie.
Gdy opadł pył wzburzony w powietrze intensywnością tej jakże nierównej walki, spostrzegłem że na mojej drodze stoi już tylko "jedynie", ten ciężki i złowieszczy olbrzym.
Burknął gniewnie i ruszył w moją stronę.
-Umykaj dziecko!! Pędź ile sił!!- rozniosło się w powietrzu wraz z delikatnym podmuchem wiatru.
Nie zastanawiając się długo skąd płynie ten aksamitny głos, czmychnąłem czym prędzej zostawiając za sobą rozzłoszczonego olbrzyma.
Gdy odjechałem na bezpieczną odległość, moim oczom ukazał się widok zapierający dech w piersi. Dwie piękne, świetliste kule wynurzyły się z głębin Jeziora, topiąc całą okolicę w oślepiającym blasku. Jedna z tych niewypowiedzianie cudownych istot przepłynęła w powietrzu, zatapiając się na kilka chwil w moim sercu. Fale ciepła rozlały się po całym moim ciele. Poczułem że wracają mi siły, umysł rozjaśnia się, a złość i zwątpienie ustępuje miejsca poczuciu słuszności czynów które dokonuje.
Spojrzałem na ogromnego śmieciaka w oddali, a w głębinach mojego wyciszonego teraz umysłu rozbrzmiał delikatny głos.
-Jeszcze nie pora moje dziecko. Na wszystko przyjdzie odpowiednia chwila.- 
Świetliste kule rozprysnęły się miliardem skrzących motyli, które z gracją pofrunęły ku nieskończonej przestworzy błękitnego nieba.

Ja, wraz z nową nadzieją kiełkującą w sercu, ruszyłem w dalszą drogę.

Słodka? zemsta...

Przepełniony jakże żywą energią światłości, wartko płynącą w moich żyłach, tchniętą we mnie przez napotkaną nad Jeziorem istotę, wciąż rozmyślałem nad zemstą którą zaserwuję śmieciakom na miejscu pierwszej stoczonej z tymi zajadłymi istotami potyczki.
Pamiętając o tym iż poprzednim razem, zostałem przytłoczony ich przeważającą liczbą, postanowiłem przejrzeć łupy które zdobyłem do tej pory w bitwach. Moją uwagę przykuł magiczny worek który szaleńczo trzepotał się po wyjęciu z plecaka i zdawał się żyć własnym życiem.
-Spokój- powiedziałem stanowczo, uśmiechając się na widok fantastycznego przedmiotu, który na to wygląda, rozumiał i wykonywał dane mu polecenia.
Przywdziawszy pełen rynsztunek, podszedłem do swojego wiernego rumaka.
-Wiem że jesteś wyczerpany naszą ostatnią potyczką ze śmiaciakami znad Jeziora, tak więc pomimo iż jako w moich tak i w twoich oczach pała żądza zemsty, zostaniesz w naszej kryjówce wypocząć i przypilnować naszego dobytku- powiedziałem do niego, zerkając na plecak pełen artefaktów : nasz cały "majątek".

Mając na uwadze porę o której odbyła się potyczka, uznałem że lepszym rozwiązaniem będzie przypuścić atak za dnia, co pozwoli mi na rozeznanie w terenie i wybór odpowiedniej taktyki.
Przed wschodem słońca udałem się na rzeczone miejsce i ukryłem w niewielkiej gęstwinie porastającej pobliskie wzniesienie, skąd moje oczy mogły dostrzec całą okolicę, oraz coś co nawet małe dzieci napawa przerażeniem i może doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu płaczu.
Wielki oddział śmieciaków grupował się w jednym miejscu. Ich pojedyncze jednostki zdawały się łączyć w pary, następnie szukały następnych par i następnych i następnych... Ich ciała scalały się ze sobą w groteskowym "tańcu", niczym kłębowisko węży podczas ekscesów godowych...
Przerażony, z nutą zachwytu, nad niezwykłym widowiskiem, nagle dostrzegłem co tu się święci!
Cały plan ataku z zaskoczenia licho wzięło...Wyskoczyłem z krzaczorów jak poparzony i rzuciłem się w dól zbocza, mierząc swoim rozpędzonym cielskiem wprost w sam środek nic jeszcze nie podejrzewającej wesołej ferajny.

Otóż przyglądając się ich niespotykanemu dotąd zachowaniu, zrozumiałem skąd nad Jeziorem Życia wziął się śmieciakowy gigant. Przypomniałem sobie, że w jego ogromnym korpusie dało się dostrzec jakby zlane w jedną masę, ciała pomniejszych śmieciaków. Pojąłem w tej chwili iż śmieciaki posiadają niezwykłą umiejętność łączenia swoich ciał, jeden z drugim, co przy odpowiedniej ich ilości skutkuje utratą świadomości wszystkich potworków, a powołanie w ich miejsce do życia gigantycznego stwora, będącego zlepkiem jego mniejszych pobratymców lecz o wiele groźniejszego. Wiedziałem że jeśli ukończą swój "rytuał", będę na z góry przegranej pozycji,bez swojego rumaka nie zdążę umknąć olbrzymowi, a podjęcie z nim walki w tym momencie mojej krucjaty, oznaczać będzie klęskę.

Wpadłem z całym impetem, a moc światła która krążyła w moich żyłach eksplodowała  z wielkim hukiem, rozrzucając gromadzące się śmieciaki na wszystkie strony i wprawiając je w popłoch. Wykorzystując chwilę ich oszołomienia i dezorientacji, począłem tłuc bez opamiętania każdą kreaturę jaka znalazła się w zasięgu moich bojowych rękawic.
Nie trwało jednak długo nim opamiętanie powróciło,a przeciwnik w mgnieniu oka się przegrupował. Niesiony żądzą zemsty i chęcią pozbycia się tej zarazy toczącej naszą krainę, ruszyłem w sam środek zgrupowania kładąc pokotem tabuny  wroga, nie zważając na kąsające mnie w kolana i kręgosłup śmieciaki.
Wykorzystując moją zredukowaną uwagę spowodowaną dziką furią, zwiadowcy oponenta rzucili do ataku latające szwadrony które wraz z naziemnym przeciwnikiem, zaczęły spychać mnie do defensywy.
Przypomniałem sobie o zabranym ze sobą magicznym worku. Sięgnąłem do zaczarowanej kieszonki ukrytej w pasku.
-Atakuj śmieciaki, pokaż co potrafisz!!!- krzyknąłem rzucając worek w powietrze, który mimo hulającego wiatru, zawisł nieruchomo.
Niezwykły kompan wydał z siebie przeszywający ryk, który pozbawił pozostałe stworki woli do dalszej walki, po czym rzucił się na przeciwnika z zapalczywością która wywołała u mnie ciarki na grzbiecie.
Każdy śmieciak który był w stanie zmieścić się do wnętrza "worka", znikał bezpowrotnie. Dzięki temu los bitwy zmienił się na moją korzyść.
Kończąc robotę mój przedziwny kompan wydał z siebie doniosłe beknięcie, po czym opadł bezwładnie na ziemie, nie zwiększając nic a nic swojej objętości, mimo całej rzeszy pochłoniętych paskudztw.
-Ależ z Ciebie zacna gadzina- podniosłem "go" i schowałem do magicznego schowka przy pasku.
Dumnie wypinając pierś krzyknąłem -Paszoł won, stąd wy wstrętne obrzydlistwa!!- do kilku śmieciaków uciekających w popłochu.

Nagle stało się coś niezwykłego. Niedaleko miejsca mojej potyczki zaparkował powóz z ludźmi w środku. Niestety miał przyciemniane szyby, w związku z czym nie byłem w stanie rozpoznać przebywających wewnątrz osób. Po kilku chwilach postoju, drzwi otworzyły się, a z wnętrza wysypała niezliczona liczba wrzeszczących śmieciaków. Ruszyły pędem w moim kierunku. Czym prędzej zebrałem majdan i niezwłocznie ruszyłem do kryjówki po swojego wiernego rumaka. Wstyd przyznać się do porażki, jednakże pod przeważającą liczbą wroga musiałem chwilowo ustąpić.

No i Ludzie... o co tu chodzi... Nie mogłem pojąć co zaszło... Czyżby ludzie współpracowali ze śmieciakami!?... To chyba nie możliwe. Pomimo kłębiących się pytań, na ten moment jedyne co mogłem zrobić to serwować się ucieczką. Co też uczyniłem...