Pierwsza krew...

Wieczorkiem, po spożyciu posiłku postanowiłem spożytkować pochłonięte kalorie. Udałem się w pewne miejsce, szczególnie popularne wśród właścicieli psów, oraz szemranych "typków" czerpiących nieopisaną radość z przesiadywania w owym miejscu w samochodzie.
Już na wejściu zaatakowały mnie podstawowe formacje wroga - szklane i plastykowe butelki. Dzielnie odpierałem ataki, jednakże w miarę podążania w głąb czeluści, przeciwnik przybierał na sile. Dołączyły paczki po chipsach, pudełka śniadaniowe i najróżniejsze opakowania od pewnego pana, co to podaje hamburgery i frytki...
Jeden magiczny wór zapełnił się błyskawicznie, a ja z powodu braku środków do dalszej walki, musiałem wycofać się pod przeważającą nawałnicą śmieciaków...
Pozostał jeno niesmak, iż cała masa wrogich jednostek nadal grasuję po okolicy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz