Słodka? zemsta...

Przepełniony jakże żywą energią światłości, wartko płynącą w moich żyłach, tchniętą we mnie przez napotkaną nad Jeziorem istotę, wciąż rozmyślałem nad zemstą którą zaserwuję śmieciakom na miejscu pierwszej stoczonej z tymi zajadłymi istotami potyczki.
Pamiętając o tym iż poprzednim razem, zostałem przytłoczony ich przeważającą liczbą, postanowiłem przejrzeć łupy które zdobyłem do tej pory w bitwach. Moją uwagę przykuł magiczny worek który szaleńczo trzepotał się po wyjęciu z plecaka i zdawał się żyć własnym życiem.
-Spokój- powiedziałem stanowczo, uśmiechając się na widok fantastycznego przedmiotu, który na to wygląda, rozumiał i wykonywał dane mu polecenia.
Przywdziawszy pełen rynsztunek, podszedłem do swojego wiernego rumaka.
-Wiem że jesteś wyczerpany naszą ostatnią potyczką ze śmiaciakami znad Jeziora, tak więc pomimo iż jako w moich tak i w twoich oczach pała żądza zemsty, zostaniesz w naszej kryjówce wypocząć i przypilnować naszego dobytku- powiedziałem do niego, zerkając na plecak pełen artefaktów : nasz cały "majątek".

Mając na uwadze porę o której odbyła się potyczka, uznałem że lepszym rozwiązaniem będzie przypuścić atak za dnia, co pozwoli mi na rozeznanie w terenie i wybór odpowiedniej taktyki.
Przed wschodem słońca udałem się na rzeczone miejsce i ukryłem w niewielkiej gęstwinie porastającej pobliskie wzniesienie, skąd moje oczy mogły dostrzec całą okolicę, oraz coś co nawet małe dzieci napawa przerażeniem i może doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu płaczu.
Wielki oddział śmieciaków grupował się w jednym miejscu. Ich pojedyncze jednostki zdawały się łączyć w pary, następnie szukały następnych par i następnych i następnych... Ich ciała scalały się ze sobą w groteskowym "tańcu", niczym kłębowisko węży podczas ekscesów godowych...
Przerażony, z nutą zachwytu, nad niezwykłym widowiskiem, nagle dostrzegłem co tu się święci!
Cały plan ataku z zaskoczenia licho wzięło...Wyskoczyłem z krzaczorów jak poparzony i rzuciłem się w dól zbocza, mierząc swoim rozpędzonym cielskiem wprost w sam środek nic jeszcze nie podejrzewającej wesołej ferajny.

Otóż przyglądając się ich niespotykanemu dotąd zachowaniu, zrozumiałem skąd nad Jeziorem Życia wziął się śmieciakowy gigant. Przypomniałem sobie, że w jego ogromnym korpusie dało się dostrzec jakby zlane w jedną masę, ciała pomniejszych śmieciaków. Pojąłem w tej chwili iż śmieciaki posiadają niezwykłą umiejętność łączenia swoich ciał, jeden z drugim, co przy odpowiedniej ich ilości skutkuje utratą świadomości wszystkich potworków, a powołanie w ich miejsce do życia gigantycznego stwora, będącego zlepkiem jego mniejszych pobratymców lecz o wiele groźniejszego. Wiedziałem że jeśli ukończą swój "rytuał", będę na z góry przegranej pozycji,bez swojego rumaka nie zdążę umknąć olbrzymowi, a podjęcie z nim walki w tym momencie mojej krucjaty, oznaczać będzie klęskę.

Wpadłem z całym impetem, a moc światła która krążyła w moich żyłach eksplodowała  z wielkim hukiem, rozrzucając gromadzące się śmieciaki na wszystkie strony i wprawiając je w popłoch. Wykorzystując chwilę ich oszołomienia i dezorientacji, począłem tłuc bez opamiętania każdą kreaturę jaka znalazła się w zasięgu moich bojowych rękawic.
Nie trwało jednak długo nim opamiętanie powróciło,a przeciwnik w mgnieniu oka się przegrupował. Niesiony żądzą zemsty i chęcią pozbycia się tej zarazy toczącej naszą krainę, ruszyłem w sam środek zgrupowania kładąc pokotem tabuny  wroga, nie zważając na kąsające mnie w kolana i kręgosłup śmieciaki.
Wykorzystując moją zredukowaną uwagę spowodowaną dziką furią, zwiadowcy oponenta rzucili do ataku latające szwadrony które wraz z naziemnym przeciwnikiem, zaczęły spychać mnie do defensywy.
Przypomniałem sobie o zabranym ze sobą magicznym worku. Sięgnąłem do zaczarowanej kieszonki ukrytej w pasku.
-Atakuj śmieciaki, pokaż co potrafisz!!!- krzyknąłem rzucając worek w powietrze, który mimo hulającego wiatru, zawisł nieruchomo.
Niezwykły kompan wydał z siebie przeszywający ryk, który pozbawił pozostałe stworki woli do dalszej walki, po czym rzucił się na przeciwnika z zapalczywością która wywołała u mnie ciarki na grzbiecie.
Każdy śmieciak który był w stanie zmieścić się do wnętrza "worka", znikał bezpowrotnie. Dzięki temu los bitwy zmienił się na moją korzyść.
Kończąc robotę mój przedziwny kompan wydał z siebie doniosłe beknięcie, po czym opadł bezwładnie na ziemie, nie zwiększając nic a nic swojej objętości, mimo całej rzeszy pochłoniętych paskudztw.
-Ależ z Ciebie zacna gadzina- podniosłem "go" i schowałem do magicznego schowka przy pasku.
Dumnie wypinając pierś krzyknąłem -Paszoł won, stąd wy wstrętne obrzydlistwa!!- do kilku śmieciaków uciekających w popłochu.

Nagle stało się coś niezwykłego. Niedaleko miejsca mojej potyczki zaparkował powóz z ludźmi w środku. Niestety miał przyciemniane szyby, w związku z czym nie byłem w stanie rozpoznać przebywających wewnątrz osób. Po kilku chwilach postoju, drzwi otworzyły się, a z wnętrza wysypała niezliczona liczba wrzeszczących śmieciaków. Ruszyły pędem w moim kierunku. Czym prędzej zebrałem majdan i niezwłocznie ruszyłem do kryjówki po swojego wiernego rumaka. Wstyd przyznać się do porażki, jednakże pod przeważającą liczbą wroga musiałem chwilowo ustąpić.

No i Ludzie... o co tu chodzi... Nie mogłem pojąć co zaszło... Czyżby ludzie współpracowali ze śmieciakami!?... To chyba nie możliwe. Pomimo kłębiących się pytań, na ten moment jedyne co mogłem zrobić to serwować się ucieczką. Co też uczyniłem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz